Maroko

Maroko

Maroko, Marakesz,… doprawdy nie wiem, co mam myśleć o tym kawałku świata. Kraina owa od zawsze była bardzo wysoko na liście miejsc, w które chciałem zabrać swoje cztery litery. Po kilkunastu latach owe marzenie udało się wreszcie zrealizować, a do tego nie jestem tutaj sam lecz z żoną. Taki romantyczny wyjazd we dwoje : ) Jak na prawdziwe kukułki przystało, dzieciaki podrzuciliśmy do rodziców…choć przyznam, że brakuje nam ich tutaj.

Ach jak wielką ochotę mam rzec, że jestem tutaj z programu 500+, niestety nie byłaby to prawda a tylko tandetna, powielana i już nieśmieszna prowokacja. Nie pobieram 500+, w Szwajcarii nie istnieje coś takiego, szkoda 🙂.

Płacimy za nocleg.

Tym razem nie dokonaliśmy wymiany mieszkań. Co prawda mieliśmy taką możliwość ale propozycja była oddalona od Marakeszu o kilkanaście kilometrów. Wybraliśmy zatem Riad o nazwie „La famille”, położony na terenie starej mediny.

Dla nie-wtajemniczonych dodam, że „Medina” to po prostu stare miasto.
„Riad” zaś to rodzaj naszej polskiej kwatery prywatnej, stary tradycyjny dom, gdzie mieszkańcy i goście krzątają się ramię w ramię.

Oszukani na powitanie.

Z niejednego pieca jadłem chleb, wiem czego spodziewać się po ludziach, a mimo wszystko popełniłem błąd i kiedy pewien marokańczyk, zapytał mnie dokąd idziemy, ja z rozpędu wygadałem się.

I tak oto wbrew naszej woli, ów młodzieniec doprowadził nas do riadu. Na miejscu zażądał za to zapłaty, i tutaj zaczęły się problemy. A że moja morda jest odwrotnie proporcjonalna do mojego wzrostu, to po niecałej minucie przed wejściem do domu zrobiło się całkiem tłoczno i spore zamieszanie.

Noc… ciemno … w starej medinie, otoczony przez młodych marokańskich tchórzy, darłem japę, że gówno dostaną bo nieznoszę kłamstwa. A ponieważ ów młodzieniec powiedział mi, że żadnej kasy nie będzie chciał za prowadzenie, a ja zaś mu rzekłem, że żadnego przewodnika nie potrzebuję, to nie chciałem mu płacić.

Suma sumarum skończyło się tak, że pewien o głowę wyższy pan, poinformował mnie, że płacić wprawdzie nie muszę, ale abym nie zapominał, że to ich dzielnica.🤔🤔🤔 Trudno było odmówić mu racji…Jedyną satysfakcję jaką miałem z całego zdarzenia to tylko to, że kiedy z nim rozmawiałem, robiłem to napierając na niego, ten chyba tchurzliwym arabskim zwyczajem cofał się. A może zdziwiony był moją zadziornością, wątpię aby się mnie bał. Nie był przecież sam.
Cóż, żona dała młodzieńcowi 2€ i tak oto powitało nas Maroko, bez honoru, oszustwem i groźbami.
– Czy jestem zaskoczony?
– Nie.

Dzień pierwszy.

Po nocy bardzo gorącej, przerywanej krzykami bawiących się ludzi i nawoływaniem imama na modlitwę, przyszła kolej na nawołującą i krzyczącą żonę.
Okazało się bowiem, że w łazience rozgościły się jakieś boskie stworzenia. 🤔🤔🤔 Przyznam, że z całej niezliczonej Bożej gromadki padło na karaluchy. Jednak wielki szacun dla stwórcy, tej wielkości owady widziałem po raz pierwszy w życiu.
Dwa osobniki dokonały żywota pod moim butem, trzeci zaś ratował się ucieczką pod szafę. Odpuściłem mu wychodząc z założenia, że walki z wiatrakami nie wygram.
Chyba słuszne było to założenie, ponieważ wieczorem po powrocie do riadu, znalazłem kolejne dwa osobniki wylegujące się na pleckach jakby były na wakacjach.
Tym razem nawet nie próbowałem ich unicestwiać. Delikatnie, nie chcąc żadnego z nich rozdeptać przemieszczałem się po łazience. Poza tym przyznam, że śmieszne to stworki, obrzydliwe ale szacun za rozmiar. Niech sobie wiodą spokojny marokański żywot, mnie w sumie nie przeszkadzają.

„Suk”: bazar na wolnym powietrzu, 🤔🤔🤔 niezwykły to bazar. Totalna egzotyka, artystyczny nieład, coś czego nigdy w życiu nie widziałem. To miejsce tak brzydkie, że zaczyna być piękne. Miasto w mieście. Miejsce, gdzie jesteś nagabywany z każdej strony. Ciekawe przeżycie. Mnie kojarzy się to z grą komputerową, jakbyś stał się jej częścią. Reguły gry są proste:
Ty jesteś turystą z pieczątką gołębia na czole, poruszasz się w labiryncie straganów i każdy próbuje ci coś sprzedać, przy okazji naciągając cię. Musisz przejść przez suk, nie tracąc całej gotówki, którą posiadasz, proste! Czyżby?

Wcale nie, każdy marokańczyk będzie cię zaczepiał. Jeśli nic nie chcesz kupić, to istnieje ogromne ryzyko, że strzeli kompletnego focha. Jeśli nic Ci nie sprzeda, to będzie chciał pieniądze za to, że był miły. Takie niekończące się błędne koło. Ale przyznam że fajne rzeczy mają do sprzedania. Co krok masz ogromną ochotę, aby coś sobie kupić.
Ponadto jest to miejsce, gdzie możesz podziwiać przy pracy prawdziwych rzemieślników, kowali, tkaczy, stolarzy, kuśmierzy, krawców, szewców,… Ze smutkiem przyznam, że zachodnia Europa nie posiada już rzemieślników tej klasy! Dla mnie to prawdziwi artyści, mistrzowie w swojej dziedzinie.
Mam nadzieję, że w Polsce przetrwały jeszcze te umiejętności…Zdaję sobie jednak sprawę, że nawet jeśli tak to ubywa tych ludzi tak szybko jak topnieją alpejskie lodowce.

Jednak po całym dniu spędzonym na ciągłym oganianiu się od sprzedawców i targowaniu się, jesteśmy kompletnie wykończoni. Chyba mniej męcząca jest wyprawa w góry niż przejście przez Marokański suk.

Marokańskie ważenie mięsa.

0.5 kg mięsa = 400 g kości i 100 g mięsa.

Plac Jemaa el-Fna, to taki trochę krakowski rynek tylko, że animowany na sposób marokański, dla nas bardzo ciekawy. Zaklinacze węży, nadal mnóstwo straganów z natrętnymi sprzedawcami, panie robiące hennę na dłoniach.

Ponadto stoły z jedzeniem! Nie wiem, czy o każdej porze roku tak jest, teraz mamy jednak ramadam i co wieczór cały plac zamienia się w miejsce zabawy i sporzywania posiłków. Ciekawie to wygląda. Z tego też placu wziąłem równanie na marokańskie kilogramy mięsa (0.5 kg mięsa = 400 g kości i 100 g mięsa).

Kości co prawda trudno spożywać, ale faktem jest, że z wszystkich odwiedzonych przeze mnie krajów, kuchnia Marokańska jest dla mnie najsmaczniejsza. Uwielbiam tutejszą herbatę, ciasta, śniadania i ich słynne tajiny. Oj, dla samej kuchni warto było tutaj przyjechać!
Ponadto nie sięgają tutaj długie ręce unijnych absurdów żywieniowych. Tutaj ślimak nie jest rybą śródlądową, ogórki nie mają zdefiniowanej krzywizny, mięso natomiast jest naturalne, nie faszerowane wodą i solą dla podwyższenia jego wagi. To wszystko przekłada się na smaki, takie jakie pamiętam z dzieciństwa. Kiedy mieszkając na wsi miałem jeszcze okazję na jedzenie zdrowych potraw.
Może na zewnątrz ten kraj sprawia wrażenie biednego, ale nie wyrzekając się tradycji udało się mu zachować bogactwa o których my, bogaty zachód możemy tylko pomarzyć. My utraciliśmy je chyba bezpowrotnie.

Oczywiście bez naciągania, kłamstwa i próby oszustwa nie mogło się obejść. Kiedy jednak już wiesz jak to wszystko działa, przestaje Cię to denerwować i zaczynasz patrzeć na to jak na miejscowy folklor. Mnie to nawet bawi, być może szybko się uczę, lub jestem prawdziwym polskim sarmatą, potomkiem Pana Zagłoby i żaden arab mi niegroźny. Napewno pomaga mi znajomość języka francuskiego i to, że bardzo szybko przejmuję ich zwyczaje i ich gadkę obracam przeciwko nim samym. W sumie to osobniki z gatunku człowiek, czyli podobni do nas i jakoś idzie się z nimi dogadać. Wystarczy się uśmiechać, żartować i mieć pozytywne podejście do ludzi a zazwyczaj w zamian otrzymuje się to, co się innym daje.

Mistrzowie świata w jezdzie na skuterach.

To kolejna sprawa nie mieszcząca się w mojej głowie. Skutery, skutery i raz jeszcze skutery! Widziałem ich niewyobrażalną ilość. A motocykle? 🤔🤔🤔
Przyznam, że to dosyć deficytowy produkt. Widziałem jeden na francuskich numerach, a na marokańskich…myślę że niecałe 10 sztuk.
A to, co panowie i panie wyczyniają na owych rumakach nie będę nawet próbował opisać. W internecie można znaleźć wiele filmów, które pomimo tego, że nas zadziwią, to nie oddadzą prawdziwej atmosfery panującej na tutejszychh ulicach.
Miejscowi mają jednak ułańską fantazję, nie naloży do rzadkości widok rodziców z dwójką dzieci pędzących przez miasto, przy czym ojciec rodziny przy okazji sprawdza coś na telefonie. Innych, równie niepojętych obrazów, mógłbym przytoczyć naprawdę wiele, pozostawię to jednak wyobraźni czytelnika. Jest jednak wielkie prawdopodobieństwo, że każdy niedorzeczny obraz jaki pojawi się w twojej głowie, będziesz mógł zaobserwować na marokańskiej ulicy.
Wydawało się mi, że dość dobrze radzę sobie z dwoma kołami….teraz jednak zaczynam wątpić w swoje umiejętności 🙂.

Dzień zero, dzień drugi i dzień wyjazdu.

Podobnie jak dzień pierwszy, w drugi zapoczątkowaliśmy walką na bazarach. Przy okazji odkryliśmy, że bazarów jest kilka: jedne dla turystów i inne dla miejscowych. Każdy jest interesujący, jednak te drugie oferują dużo więcej miejscowej kultury, tłok, dreszczyk emocji kiedy obok ciebie skuter próbuje rozminąć się z dostawczakiem na szerokiej na półmetra uliczce….

Zwiedzanie, meczety, mury obronne Marakeszu, grobowce, znowu meczety, ogrody,… Czy piękne? 🤔🤔🤔 Trudno powiedzieć. Osobiście nie jestem wielkim admiratorem palm i całej tej południowej przyrody. Bliższe mojemu sercu są nasze polskie lasy i bujne trawy na łąkach, a nie tutejsze, spalone w słońcu. Ale, że jestem ciekawy świata, to cała ta egzotyka mi się podoba.

Drący mordę.

Kiedy wiele lat temu podróżowałem po Turcji, w zachwyt wprawiały mnie poranne nawoływania imama na modlitwy. Kraje to muzułmańskie i o ile mnie pamięć nie myli, takie nawoływanie rozbrzmiewa pięć razy dziennie.
To takie nasze dzwony kościelne. Przyznam jednak, że ich brzmienie jest o wiele piękniejsze od wydobywającego się z głośników muzułmańskiego wezwania na modlitwę.
Bo człowiek się zmienia: o ile kiedyś podobało mi się to nawoływanie… Teraz, za każdym razem kiedy miejscowy imam zaczynał drzeć gębę, miałem szczerą ochotę zawinąć go w dywan, wsadzić do armaty i wystrzelić na księżyc.

Tak sobie myślę, że głośniki owe zostały zakupione po atrakcyjnych cenach od krajów byłego bloku wschodniego, to jakieś stare skrzeczące tuby, wydobywa się z nich tylko jeden wielki huk, niemiły dla ucha. Informuje on miejscowych, że pora na modlitwę, wątpię jednak aby ktokolwiek rozumiał zawartość przekazu. Na szczęście prawie zawsze jest on taki sam, więc właściwie nie ma potrzeby rozumienia czegokolwiek. „Allach akbar…” i tak w koło macieju.
Tak sobie myślę, że pochodzenie tych tub jest takie: kiedy w 1989 roku upadł u nas komunizm i nie potrzebowaliśmy już ich więcej na marsze pierwszomajowe lub na jakieś inne propagandowe festyny i kiedy
nasi partyjni oficjele, spadkobiercy ideii komunizmu, wierni uczniowie Lenina zdradzili ideały równości i braterstwa, stali się biznesmenami, spakowali pewnie wszystkie te niepotrzebne głośniki i wysłali je do Maroka, zarabiając przy okazji niezłe pieniądze.

Czy wrócę do Maroka?

Na początku, po kiepskim powitaniu stwierdziłem, że moja noga więcej tutaj nie postanie. Teraz, po czterech dniach pobytu zmieniłem zdanie. Przespałem się, emocje opadły. Nic się nie zmieniło, ludzie są tacy jak pierwszego dnia, ale co tam. Nasza ziemia jest jak kalejdoskop, piękna. Przyznam, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę, zabiorę z sobą dzieci, pokarzę im suk, potargujemy się z miejscowymi, wypijemy herbatę.
Nie zrobię sobie więcej zdjęcia z wężami, bo biorąc je do ręki zdałem sobie sprawę w jak strasznym stanie były. Sponiewierane przez turystów podobnych do mnie, maltretowane przez Marokańczyków. Stosunek miejscowej ludności do zwierząt nie zasługuje na jakieś szczególne pochwały, wręcz przeciwnie jest karygodny. Przyznam, że jest to mój największy wstyd z tutejszego pobytu.

Mam też nadzieję, że niebawem pojawię się tutaj na motocyklu. Miałem to od dawna w planach, ale teraz chyba jeszcze bardziej mam ochotę odwiedzić ten kraj. W samotnej podróży, tak jak mam to w swoim zwyczaju.

Pewnie niewielu z was dotrwało do końca tej lektury 🙂 Jeśli jesteś jednym z nich, to pozdrawiam Cię i życzę szerokości w twoich wyprawach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *