Spieszymy na ratunek / BLAUSEE

Spieszymy na ratunek / BLAUSEE

Ponieważ wraz z Miszą dowiedzieliśmy się, że jezioro Blausee powstało na wskutek płaczu pewnej pięknej dziewczyny, postanowiliśmy udać się na miejsce i rozwiązać ów problem. Nie przystoi bowiem aby piękne kobiety płakały z powodu mężczyzn.

W związku z tym, że ja funkcjonuję na hektolitrach kawy, Misza zaś spala kilogramy tytoniu, spotkaliśmy się zatem na klopo-kawie i po naładowaniu baterii ruszyliśmy w trasę.

Wyruszyliśmy z Fryburga, niewielkiego Szwajcarskiego miasteczka… Już kiedyś obiecywałem, że zabiorę was w podróż po nim, nie będzie to jednak jeszcze tym razem.
Po kilku kilometrach opuściliśmy część francuskojęzyczną i zaczęliśmy się wspinać na niewielką ale niezwykle malowniczą przełęcz. Gurnigelpass, 1594 m.n.p.m. droga sucha, temperatura w granicach 15°C zatem i opona trzyma nieco lepiej. Szału nie ma, ale pokonywanie zakrętów sprawia nam wielką przyjemność. Tym bardziej, że jeszcze nie wszyscy motocykliści wybudzili się z zimowej hibernacji, zatem nie jest jeszcze bardzo tłoczno i przyjemność z jazdy jest gwarantowana.


Krajobraz iście bajkowy, im wyżej tym piękniej, droga wije się czarną nitką pośród białych pokrytych śniegiem gór, oczywiście to na samym szyczycie, ponieważ w niższych partiach wiosna zadomowiła się na dobre, tam łąki przybrane są pięknym kobiercem kwiatów, o tej porze roku przewarzają żółcie. Pięknie to wszystko wygląda, a jadąc na motocyklu ma się wrażenie, że jest się we wnętrzu kalejdoskopu.
Ponieważ świat wokół jest bajkowy, należy walczyć z permanentną potrzebą zatrzymywania się i fotografowania całego tego festiwalu barw.


Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie byliśmy jedynymi osobnikami mającymi pomysł aby udać się do Blausee. Właściwie to byliśmy jednymi spośród miliona turystów, którzy stawili się na miejscu. Mało to oryginalne, pozostaje jedynie nadzieja, że jedynym co nas wyróżniało spośród tłumów, to fakt, że my przyjechaliśmy na ratunek pięknej nieznajomej.


No i nasze maszyny były dość wyjątkowym widokiem, małżeństwo Hondy i BMW prezentowało się niezwykle sexy, ale pewnie to dzięki nam, nasze muskularne 🤣🤣🤣 sylwetki z pewnością dodawały im splendoru.
Po wejściu do środka szybko przeprowadziliśmy akcję ratunkową: płacząca niewiasta dostała od nas na otarcie łez pyszną szwajcarską czekoladę, Misza obalił browara za jej zdrowie przy okazji wypalając z pół paczki fajek, ja tradycyjnie wzniosłem toast za pannę kawą.


Nie wiem, czy to pomogło… panna pozostała na dnie jeziora nadal zalewając się łzami. Tyle tylko, że teraz owe łzy napełniają jezioro z tęsknoty za nami. Ale obiecaliśmy, że regularnie będziemy ją odwiedzać. Przyznam jednak, iż piękne to miejsce i szkoda byłoby aby jezioro przestało istnieć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *